Niby powinnam być przyzwyczajona, to już szósta sesja w moim życiu, ale jak mawiajo: "Im dalej w las, tym bardziej jesteś w dupie". Czy jakoś tak.
Z jednej strony lubię sesję, bo nie trzeba chodzić na zajęcia o niczym i zaliczać obecności. Nie trzeba się myć, można oglądać dzieńdobry tvn i udawać, że się uczysz. Mogę godzinami siedzieć na fejsiku, nikt nie każe mi sprzątać w pokoju(choć i tak to robię, byle się tylko nie brać za naukę). Mogę jeść babeczki, cukierki i frytki mówiąc "Omomom, nie da się uczyć z pustym żołądkiem". To jest super!
Lubię jeszcze obietnice składane mi przez Helenę: "Jak to zdamy, to będę się czołgać/ zarzygam cały dom/ będziesz mnie zbierać z podłogi". Zawsze dotrzymuje słowa!
Z drugiej strony nie lubię sesji, bo w jej trakcie muszę odmawiać ziomkom melanżu, albo oni odmawiają mi. Potem i tak spotykamy się na fejsie i gadamy o niczym, ale czuję się dobrze, bo obok leży książka. Jest blisko, to na pewno pomoże mi zdać! Nie lubię sesji jeszcze z jednego powodu. Nagle się okazuje, że w semestrze wpadłam w jakiś wir czasoprzestrzenny i teraz za cholerę nie mogę uwierzyć, że TO BYŁO na zajęciach. Patrzę na materiał, którego mam się nauczyć, po raz pierwszy w życiu i zaczyna się panika. Jestem debilem, a może jestem głucha? Może wyparłam wszystkie wykłady na których byłam, dlatego nic nie pamiętam? Może to reakcja obronna organizmu na wiedzę nie-wiedzę?
Ja zaczynam od zera, a Wam życzę szóstek!

niezłe zdjęcie:D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!